poniedziałek, 17 maja 2010

Obca Dzielnica. Recenzja filmu "Dystykt 9" Neila Blomkampa

Premiery kinowe nie rozpieszczają w ostatnich latach fanów science-fiction wyjątkowymi dziełami. Pośród zalewu plastikowych produkcji typu Transformers Michaela Baya, które poza efektami specjalnymi za setki milionów dolarów i zwykła, bezmyślną rozrywką nic nie wnoszą do gatunku, w kinie światowym pojawił się powiew świeżości – „Dystrykt 9”. Peter Jackson, który swoim nazwiskiem promuje film jako producent, dał szansę pełnometrażowego debiutu reżyserskiego, urodzonemu w Johanesburgu Neillowi Blomkampowi. Mieszkający w Kanadzie Blomkamp, autor krótkich filmików promujących kultowy już na całym świecie produkt na X-boxa – grę akcji osadzoną w scenerii science-fiction „Halo 3”, stanął przed możliwością reżyserowania wersji kinowej filmu opartego na własnym krótkometrażowym, sześciominutowym filmie „Alive in Joburg”, dostępnym dla wszystkich zainteresowanych na portalu YouTube.



    Film rozpoczyna się dynamicznymi scenami stylizowanymi na dokument. Akcja toczy się w Johannesburgu. Tak! Ku zdziwieniu wszystkim w Afryce! Nad miastem pojawia się olbrzymi statek kosmiczny, kojarzący się na pierwszy rzut oka z „Dniem Niepodległości” Rolanda Emmericha, lecz tutaj nie ma ataku, inwazji ani wystrzałów. Nie dzieje się zupełnie nic. Statek po prostu wisi w miejscu. Ludzie po trzech miesiącach oczekiwaniu na rozwój sytuacji dostają się siłą na pokład. Znajdują tam milionową populacje obcych – na skraju wycieńczenia. Rząd RPA przyznaje im azyl i tworzy tytułowy „Dystrykt 9” na obrzeżach Johannesburga, tuż pod statkiem. Miejsce, w którym obcy zamieszkają na najbliższe ćwierćwiecze żyjąc pomiędzy ludźmi. Dzielnica stopniowo zamienia się w ogrodzone slumsy, pełne przemocy i prześladowań, a nawet międzygatunkowej prostytucji!


Co ten film wyróżnia na tle innych? Już sama fabuła jest odmienna od większości znanych nam produkcji. Film pod warstwą efektów specjalnych ma także do przekazania coś więcej nic tylko efekciarstwo. Republika Południowej Afryki nie została wybrana przypadkowo na miejsce akcji. W kraju apartheidu, przez lata opanowanym dyskryminacją i rasizmem, pojawia się obca rasa, która staje się swoista metaforą historii ludzi. Odizolowania przybyszów domagają się ci, którzy sami byli przez lata izolowani. Zamknięci w getcie, niezrozumiani i szykanowani, podobni do „krewetek” obcy i ich sytuacja obrazuje całe ludzkie społeczeństwo ze swoimi wadami, chęcią dominacji i brakiem zrozumienia dla obcych kultur. Film w konwencji fantastycznej pokazuje prawdę o rzeczywistości. Całości dopełnia prywatna organizacja (MNU) wynajęta do sprawowana kontroli i opieki na obcymi, a tak naprawdę mająca własne plany przejęcia technologii obcych dla celów finansowych.

Aktorsko film prezentuje się przyzwoicie. Nie ma żadnych znanych nazwisk, co tylko dodaje wiarygodności materiałowi kręconemu kamerą z ręki i stylistyce dokumentu. Irytujący wydaję się jedynie główny bohater, pracownik MNU - Wikus Van De Merwe (Sharlto Copley), ale z upływem czasu i rozwoju akcji irytacja ta i początkowa niechęć zmieniała się w sympatię, widząc jak główny bohater przechodzi mimowolną przemianę i zaczyna współpracować z „Krewetkami”. 

Oprawa audio-wizualna jest bardzo dopracowana. Nie można mieć większych zastrzeżeń. Stosunkowo niski budżet jak na przedsięwzięcie scence-fiction (około 30 milionów dolarów) pokazuje ze można zrobić naprawdę ciekawe i wartościowe widowisko, bez potrzeby inwestowania gigantycznych sum liczonych w setkach milionów dolarów, czego przykładem może być wspomniany wcześniej Michael Bay. Dystrykt może stać tutaj za przykład wzorcowych efektów i scenografii. Bardzo ciekawie odwzorowany klimat dzielnicy – slumsów, przypominających śmietnisko. Obcy mieszkający w blaszanych kontenerach żywiący się puszkami z… kocia karmą. Estetycznie bardzo ciekawie rozwiązane. Momentami nasuwały mi się skojarzenia z „Żołnierzami Kosmosu” Paula Verhoevena, ze względu na owadzi wygląd obcych i telewizyjne wstawki. Widać z resztą, że reżyser doskonale zna klasykę gatunku i wcale tego nie ukrywa, co moim zdaniem wcale nie jest minusem, lecz umiejętne wykorzystane staję się zaletą.


 Z pewnością nie jest to zwykła pusta rąbanka, chodź i tego w filmie nie zabraknie. „Dystrykt 9” w drugiej połowie filmu obfituje w brutalne sceny, strzelaniny, pościgi i wybuchy na najwyższym światowym poziomie. Przepełniony jest także wulgaryzmami, ale to tylko nadaje filmowi rzeczywistego charakteru. Dzięki temu, że prezentuje sobą coś więcej niż tylko te nieodłączne elementy kina akcji pozwala na odrobinę refleksji i zastanowienia. Niesie przekaz. Większości obecnych produkcji s-f tego niestety brakuje. Przyczepić się można drobnych nieścisłości i niedociągnięć fabularnych, które zostają w filmie pominięte lub niedopowiedziane. Nie są to jednak uchybienia rażące. Dokumentalny charakter i zdjęcia kręcone z ręki nadają filmowi odpowiedni klimat. Dopracowanie wizualne, a zwłaszcza tło fabularne stanowią główne atuty filmu. Warte wyróżnienia jest także pokazanie alternatywnego od znanych nam z większości produkcji pierwszego kontaktu miedzy gatunkami. Nie jest to na pewno pomysł oklepany, chodź podobny motyw pojawił się już w „Obcych Przybyszach” z 1988 na podstawie scenariusza Jamesa Camorona. Plusy jednak zdecydowanie przeważają. W filmie czuć nowatorskie podejście do tematu.„Dystrykt 9” śmiało może kandydować do najbardziej wartościowej produkcji scence-fiction ostatnich lat. Dla fanów gatunku pozycja obowiązkowa. Mam nadzieję ze „Avatar” wymienianego Jamesa Camerona zapowiedziany na grudzień nie obniży poprzeczki, wysoko postawionej przez debiutującego Blomkampa.

1 komentarz:

Publikowanie komentarza